Mamy się czym pochwalić przed Europą! Nadszedł moment wyczekiwany przez polskie postępowe elity. Błyszczymy dobrocią, chęcią niesienia pomocy i walki o swoje. Podium niestety musimy współdzielić z Białorusią, ale przecież jesteśmy w stanie to zrozumieć. W końcu i oni, i my – tacy czujemy się uciśnieni i tłamszeni przez władzę, do szpiku kości przesiąkniętą tyranią, że nie pozostało nam nic innego, jak wyjść na ulice. Legalnie… Ot, rewolucja na miarę możliwości rewolucjonistów.

Przytyk naturalnie kierowany jest w stronę zachwytów Gazety Wyborczej nad wręczeniem nagrody Europejki Roku Polkom oraz Białorusinkom przez włoski magazyn Linkiesta („Za walkę ze wschodnimi dyktaturami”). Oczywiście nie o wszystkie kobiety tu chodzi, a o crème de la crème lewicowego archetypu kobiety idealnej – wyzwolonej tak bardzo, że zatraca się w krzyku o tolerancję i w niepohamowanej agresji, przez co mierzi większość postronnych.

Kuriozalne jest samo uzasadnienie wyboru według jury: „To najpiękniejszy paradoks roku, tak dziwny, że prawdziwy: kobiety, które pozostawiły w Europie w 2020 r. najjaśniejszy ślad, to te, których imiona z trudem pamiętamy. Są to Swietłana Cichanowska, Maria Kolesnikowa, Weronika Cepkało, Marta Lempart, Klementyna Suchanow i setki innych działaczek, robotniczek, studentek, pracowniczek naukowych i gospodyń domowych, które w Białorusi i w Polsce walczą o coś, co na naszym Starym Kontynencie wydawało się być czymś oczywistym: o poszanowanie praw obywatelskim”.

Za piękna jest ta wypowiedź, żeby jej nie przeanalizować. Po pierwsze, tych imion się nie zapomina, bo promowanie tego tematu przeprowadzono z histeryczną intensywnością na każdym możliwym kanale, przez każde dostępne medium, a i wystarczyło wyjść na ulice. Nawet i to nie – wieczne wrzaski i trąbienie nagle jak najbardziej stały się dozwolone. Psi aktywiści jakoś zamilkli, widocznie Burki boją się hałasu tylko w Sylwestra (wszystko to takie względne…).

 

Po drugie, na litość – jakich robotniczek i gospodyń domowych? Obie te profesje są w głębokiej pogardzie kobiety lewicowej, choć będzie się tego wypierała. Do fizycznej pracy ma awersję i jedyne, na co może się zdobyć, to przyklejenie magnesu „Kobiety na traktory” na drzwi lodówki w pokoju socjalnym szklanego biurowca. Bycia gospodynią nie skomentuję – kołatanie serca zacznie się pewnie już przy wyborze właściwej temperatury prania jedwabnej pościeli. Idąc dalej, poprawniej będzie „naukowczyń”, skoro już brniemy w feminatywy. Wcale nie tak trudno wymówić, gorzej jest z architektką… I wreszcie, zostawmy wartości Starego Kontynentu, bo trzeba by wrócić do faktycznie chrześcijańskiej kultury u podstaw.

Na deser stwierdzenie jury, że „Kobiety te były w stanie stanąć w pojedynkę przed światłem reflektorów, by potępić łamanie praw człowieka”. Śmiem wątpić, czy faktycznie obecność kamer działała choć trochę onieśmielająco na zachowanie kobiet. Jeśli tak, to wolę nie myśleć, jakim językiem uraczyła by nas pani Marta, pseudonim „Kocica na Rozgrzanym Dachu”.

MG

depositphotos_12296418-stock-photo-four-